Dziś ostatni piątek 2025 r., kiedy wysyłam do Ciebie maila. Koniec roku równoznaczny jest z podsumowaniami: z social mediów wylewają się radosne obrazki osób, które obserwujemy, i patrzymy na sukcesy, jakie osiągnęli w minionym roku. Pół świata zwiedzone, mieszkanie na Bali, w Dubaju i innym Honolulu kupione, a cokolwiek tknęli, zamienili w złoto.
Niestety, ale i ja wpadłam w pułapkę porównywania się z innymi. Ten rok był dla mnie emocjonalnie, energetycznie i fizycznie cholernie trudny. Owszem. Nie mieszkam pod mostem. Ciało zdrowe (gorzej z poharatanym duchem).
Moja pewność siebie w tym roku została tak zmiażdżona, że te wszystkie kolorowe obrazki sprawiały, że coraz bardziej zamykałam się w swojej skorupie. A raczej ją opuszczałam. Kiedy z niej wyszłam, ze skorupiaka, stałam się bezbronnym mięczakiem z miękkim podbrzuszem, które było bardzo wrażliwe na każdą uwagę, każde krytyczne słowo (nawet jeśli było powiedziane w dobrej wierze). Karuzela się nakręcała. Co zagoiłam, to uderzenie przychodziło z innej strony. Totalnie nie umiałam się zdystansować, wstać, otrzepać i uwierzyć w siebie i swoje możliwości.
W tym roku po raz pierwszy poczułam, że nawet osoby, które mnie zawsze inspirowały, zaczęły mnie bardziej przytłaczać niż unosić.
Na początku grudnia byłam na dziewczyńskim spotkaniu w studio 225 z Joanną Banaszewską, którą wiele lat obserwuję na IG. Bardzo mnie ta dziewczyna inspiruje. Odnosi sukcesy na każdym polu, za które się złapie. Z pozycji ekranu (oczywiście) wydaje się być mega serdeczna, dziarska i energetyczna. W krótkim czasie stworzyła sobie rodzinę, o której zawsze marzyła, a za jakikolwiek biznes się nie weźmie, okazuje się być sukcesem. No, cokolwiek wpisze sobie na listę marzeń, osiąga.
Uwielbiam inspirować się takimi ludźmi. Oni dmuchają w moje skrzydła takim magicznym pyłem, dzięki któremu wierzę, że “da się”, i sama sięgam gwiazd.
Nie w tym roku. W tym roku i ona mnie zaczęła męczyć. Zaczęła osiągać takie sukcesy, że poczułam ukłucie w sercu “ok, już mi odleciała. Już nie sięgnę tak daleko”. Dystans między nami się zwiększył nie do nadrobienia.
…ale żeby nie było, nie była to z mojej strony zawistna myśl, tylko raczej smutek w sercu, że ja już nigdy nie dam rady tak wysoko skoczyć. To jak wyścig w maratonie. Póki masz kogoś przed sobą w zasięgu wzroku, to motywuje Cię on by biec, bo jest szansa, że go prześcigniesz. Kiedy stracisz biegacza przed sobą z pola widzenia, już wiesz, że “po ptakach” (kolorowych ptakach 😛). Nie zdobędziesz mistrzostwa. A po ostatnie miejsce to się już nawet nie opłaca biec (i karuzela myśli się nakręca).
Spotkanie w studio było prowadzone w formie wywiadu (trwało ponad 2h, więc było o czym gadać 🤭). Podzieliła się ona na nim wieloma swoimi “fakapami”. Porażkami. Błędnie podjętymi decyzjami. Natłokiem negatywnych myśli na swój temat. Tym, jak w ostatnim czasie szorowała zębami po betonie.
Jaką ja, na Boga, ulgę poczułam. Zaszkliły mi się oczy, że jednak ta dziewczyna też ma trudności. Mało tego. Aż mi się nawet trochę głupio zrobiło, bo ona mierzy się z jeszcze większymi trudnościami biznesowo-życiowymi niż ja, i pomyślałam: “na co ja u licha narzekam?”.
Jednak szybko pozbyłam się tej myśli, bo nie uważam, że powinniśmy umniejszać swoim problemom. Jeśli uznajesz, że coś jest dla Ciebie trudne, to znaczy, że takie jest. Kropka!
W pewnym momencie rozwinął się temat jej social mediów. Dziewczyny obecne na spotkaniu przyznały, że czują, oglądając jej profil, to co czuję też ja. Asia była tym szczerze zmieszana, bo przyznała, że wie, że taki obraz kreuje i też szczerze przyznała, że nie wie co ma z tym zrobić. Z jednej strony bardzo by chciała pokazywać to, jak jej ciężko jest w życiu, ale z drugiej strony wie, że jest na tyle uprzywilejowana, że widzi absurd narzekania na swoje życie względem odbiorczyń (w myśl “dziewczyna ma życie jak w bajce, na co ona narzeka? Ona prawdziwych problemów nie zna”). Poza tym, też zdaje sobie sprawę z tego, że przychodzimy na jej profil po to, by zarazić się odrobiną pozytywu i radości w tej naszej trudnej codzienności (czego też nie da się ukryć, że tak jest).
…spokojnie, jako ‘maratończyk puenty’ zaraz zamknę koło tej historii…
Uświadomiłyśmy ją, że właśnie takie “przyznanie się” do tego, że jest się człowiekiem, potrafi rozluźnić ścisk w brzuszku obserwatorek, które czują przymus bycia superwoman.
Ta rozmowa jeszcze chwilę się toczyła, bo też poznałyśmy tę stronę Asi, która codziennie dostaje wiele niefajnych wiadomości, że (właśnie) nie ma na co narzekać, bo ona prawdziwego życia nie zna.
Esz. Trudne jest to współczesne życie. Bo owszem, łatwo jest powiedzieć “niech każdy zajmie się sobą”, “dajmy innym żyć”, ale finalnie wiemy jak to się kończy… (Tak, każda z nas ma na sumieniu fakt, że jednak nie daje żyć innym po swojemu 😛).
Wróciłam z tego spotkania wypełniona spokojem. Ulgą. Miękkościa. Bo czasem nie potrzebujemy kolejnej inspiracji, tylko potwierdzenia, że nie jesteśmy w tym same (czego w dzisiejszym świecie jest niestety deficyt).
Tak. Ten rok był cholernie trudny. Jedna wiadomość w grudniu 2024 pociągnęła za sobą konsekwentnie obniżenie poczucia własnej wartości, a świat zewnętrzny (i wyżej wspomniane social media) nie pomagały w budowaniu zaufania do siebie. Jednak w tych trudnościach, świadomie się sobie przyglądałam. Dużo ze sobą gadałam. Pytałam się siebie:
- dlaczego jest mi trudno?
- Co ta sytuacja mi mówi o mnie?
- Czy obwiniam siebie, kogoś czy cały świat za niepowodzenie?
- Dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej?
Czuję, że jak przez obrotowe drzwi, cofnęłam się o sześć lat. Wróciłam do punktu wyjścia. Znów czuję ścisk w żołądku.
Nie mam pojęcia co przyniesie mi 2026 rok, bo nie umiem złapać żadnego fundamentu, który mi zapewni, że ten rok ruszy z kopyta. Nie mam pojęcia czego się spodziewać. Nie robię żadnej listy z postanowieniami.
Jednak powrót drzwiami obrotowymi do czasów sprzed sześciu lat odbywa się na zupełnie innym poziomie świadomości. Ten rok ugruntował we mnie:
- mimo wszystko zaufanie do siebie (to dopiero na koniec roku),
- powrót do swoich systemów i struktur (znów kupiłam kalendarz papierowy i znów będę planowała “analogowo” i nikt mi już nie wmówi, że mamy XXI wiek i dziś planuje się w Googlach. No ja nie umiem. Przetestowane 😉),
- wartości, którymi się kieruję w życiu. Poprzestawiałam kilka klocków z tego “co mi się wydaje” na to co naprawdę jest dla mnie ważne,
- zrozumienie tego jak ja funkcjonuję. Jeśli czegoś nie “czuję”, to na pewno to nie wypali!
Ostatnio w jednym z podcastów usłyszałam, że każdy rok się starzeje i umiera. Pozwólmy mu umrzeć. Nie rozpamiętujmy. Nie rozgrzebujmy. Nie nacierajmy się tym błotkiem tylko posmutajmy na koniec roku jeśli potrzebujemy, i przywitajmy ze świeżą energią kolejnego noworodka w swoim życiu 😊
Taki właśnie mam plan 😉
Zupełnie nie wiem jakie masz emocje związane z dzisiejszym newsletterem. Jeśli Ci jakoś pomógł, jeśli rozluźniłaś dzięki niemu spięty brzuszek, to bardzo się cieszę, że mogłam Ci pomóc. Jeśli drapiesz się po głowie i zastanawiasz co w zasadzie “autor miał na myśli”, to puść tę myśl w niepamięć, zapomnij o treści i wróć do dalszych obowiązków 😬
Wracam do Ciebie w przyszłym roku. Życzę Ci ogromu lekkości w kolejnym roku, samych dobrych ludzi przy sobie i dobrych decyzji 💛
Ja ze swojej strony dziękuję Ci, że tu jesteś i regularnie czytasz moje treści, bez względu na to czy akurat promuję jakiś swój produkt, czy dzielę się swoimi historiami. Chcę Ci powiedzieć, że bardzo to doceniam i dlatego chce mi się co tydzień siadać do komputera i pisać dla Ciebie te maile.
Do zobaczenia w przyszłym roku.
Ściskam ciepło,
Ukolorowana Renata
PS Jeśli chcesz nadrobić poprzednie newslettery, które Ciebie ominęły, znajdziesz je pod tym linkiem.
PS2 Jeśli potrzebujesz mojego wsparcia w jakimś zakresie dotyczącym spójnego budowania swojej szafy, zapraszam na moją stronę z pełną ofertą!